Historia Anastazji: Prawdziwe schody zaczęły się już po wszystkim

Pamiętam jak kilka lat temu, jesienią, siedziałam podziębiona wieczorem pod kocem w swoim rodzinnym domu, popijając malinową herbatkę z imbirem. Od niechcenia i ogólnego rozbicia gorączką, przerzucałam kanały w telewizji (której de facto nie oglądam). Moją uwagę przykuł wtedy jeden program. Akurat „leciał” na nim dokument o Magdzie Prokopowicz. Wtedy jeszcze nie wiedziałam kto jest, nie wiedziałam nic o raku i generalnie omijałam ten temat szerokim łukiem. Pamiętam natomiast, że wtedy pierwszy raz usłyszałam o Fundacji Rak’n’Roll, a sama Magda zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jeszcze długo potem ten reportaż snuł się w moich myślach, a społeczna działalność głównej bohaterki budziła mój podziw.

Kilka lat później (kto by pomyślał), sama zaczęłam stąpać po cienkim lodzie, idąc tą drogą, którą szła Magda, walcząc o życie z tego samego powodu.

Było piękne, gorące lato, początek lipca, beztroska, błogość i wolność. Miałam 31 lat, kiedy usłyszałam od lekarza swoją diagnozę. TE słowa. TO słowo. Rak. „Ma Pani raka, guz jest złośliwy”. Miałam 31 lat, długie, kręcone włosy, właśnie założyłam swoją firmę, miałam mnóstwo realnych i mniej realnych planów na przyszłość, a co najważniejsze, zaczynałam nowy związek z mężczyzną, w którym prawdziwie się zakochałam. A tu taaaaaka „niespodzianka”… Nie będę rozpisywać się o tym jak to było, o emocjach itp., bo nie to jest w tej opowieści najważniejsze. Trochę więc uproszczę historię, zaznaczając że wszystko, co wtedy przeżyłam było bardzo, bardzo głębokie.

Diagnoza: rak – wiadomo: szok, krach, koniec, ściana, ból, rozpacz, bezsilność i nieujarzmiony ogromny lęk. Lęk o wszystko, co ma być dalej i o to czy w ogóle będzie jakieś „dalej”. To był bardzo trudny czas. Czas choroby, czas leczenia. Były kryzysy i balansowanie na granicy poddania się. Ale dałam radę. Byłam dzielna, silna, miałam tę moc. Wspierał mnie mój prywatny sztab ludzi – wspaniały facet, mądrzy przyjaciele, najbliższa rodzina. Wsparcie, miłość i życzliwość płynęła strumieniami do tego stopnia, że zaczęłam dostrzegać pozytywne strony chorowania. Uzdrawiało to moje ciało i duszę. Nawet mi nie przyszło wtedy do głowy, żeby korzystać z pomocy Fundacji, choć już wiedziałam dużo na temat jej działań.

Prawdziwe schody zaczęły się już po wszystkim – po leczeniu, gdy wszystko się udało, gdy byłam już zdrowa i generalnie powinnam skakać z radości. Oczywiście skakałam, ale tylko przez moment, bo chwilę później okazało się, że życie po raku nie jest już takie same jak przed. Jest bardzo inne, bo ja też byłam już inną osobą, a doświadczenie choroby onkologicznej mocno wpłynęło na mnie, moje postrzeganie świata i zostawiło trwałe ślady w moim życiu. Nagle okazało się, że trudniej jest być zdrową, niż chorą. Nie ma już usprawiedliwienia na bezsilność, strach, słabość. Nie ma empatii, zrozumienia, wsparcia i czułości. Bo jest już „normalnie”… Tylko, że w tym „normalnym” życiu jakoś wszystko zaczęło się komplikować. Przyjaciele odeszli daleko, bo przecież skoro jestem zdrowa to poradzę sobie sama, rodzina zaliczyła raka do tematów tabu dalekiej przeszłości, związek zaczął się poważnie rozpadać, a powrót do pracy napawał lękiem. Nie wiedziałam co mam zrobić z tym wygranym życiem, nie dowierzając, że to naprawdę koniec tej walki. Nie wiedziałam też, że choroba w pakiecie z odzyskanym zdrowiem zostawiła mi głęboki stres, w którym funkcjonowałam każdego dnia.

I właśnie wtedy rozpoczęła się na dobre moja prawdziwa przygoda z Fundacją Rak’n’Roll. Szukając dla siebie rozwiązań, trafiłam do pierwszej edycji programu IpoRaku. I to było najlepsze, co mogło mnie wtedy spotkać. To było TO. Dostałam wsparcie uszyte na swoją miarę, idealnie dopasowane do moich potrzeb. Dzięki regularnym spotkaniom i warsztatom, które odbywały się w ramach programu odzyskałam swoją dawną siłę, zrozumiałam i zaakceptowałam blaski i cienie choroby onkologicznej, rozwinęłam skrzydła. To był piękny czas. Bardzo rozwojowy i odkrywczy, pełen celebracji życia i dbania o siebie. Dzięki Fundacji poznałam najwspanialszych ludzi na świecie, którzy przeszli to samo i z którymi poziom wzajemnego zrozumienia był nie do zastąpienia żadnym innym. Poznałam cudowne, pełne energii i otwartego serca dziewczyny pracujące i tworzące Fundację (Marta, Mirka, Krysia <3). Od tamtej pory misja i przekaz, jaki niosły ze sobą działania Fundacji Rak’n’Roll. Wygraj Życie! stał się mi bardzo bliski. Bo życie wygrywa się każdego dnia, nieustannie, nawet gdy dni te są już policzone.

Fundacja i udział w programie zmieniały moje postrzeganie raka, podejście do tego tematu. Nauczyłam się otwartości i lekkości w mówieniu o tym. Przełamałam wewnętrzny wstyd i lęk. Dziś sama jestem inicjatorką działań skierowanych do pacjentów onkologicznych i próbuję „zwrócić” to dobro, które sama otrzymałam.

Rak’n’Roll to dla mnie bezpieczna przystań. Kiedy jestem w kryzysie, wiem, że tam znajdę pomoc i wsparcie, że popłyną do mnie Kule Energii.

Troszkę żałuję, że po wyprowadzce z Warszawy mam mniej okazji, żeby wpadać na Wiśniową, ale wspieram działania Fundacji jak tylko mogę. Niedawno pomagałam nawet „urządzać” raknrollową biblioteczkę w Białostockim Centrum Onkologii. Zaczynam trenować też bieganie (którego nie lubię!) specjalnie dla Fundacji. Nieustannie wyciągam łeb do słońca i budząc się rano wygrywam życie każdego dnia. Dziękuję Ci za to najwspanialsza Fundacjo na świecie!

Anastazja

Fundacja
Rak’n’Roll. Wygraj Życie!
Al. Wilanowska 313A
02-665 Warszawa
NIP: 9512296994
zobacz na mapie
22 841 27 47
biuro@raknroll.pl
BNP PARIBAS:
39 1600 1462 1893 9704 1000 0001
KRS 0000338803
zbieraj na Facebooku
Rak'n'Roll @ Facebook
Rak'n'Roll @ Instagram
Rak'n'Roll @ Twitter
Rak'n'Roll @ LinkedIn
Rak'n'Roll @ Open FM