Witajcie!
Mam na imię Magda, mam 44 lata. Do maja 2024 roku każdego ranka, od poniedziałku do piątku, wsiadałam na rower i jechałam do pracy. Jak powiedział Konfucjusz: „Wybierz pracę, którą kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia w swoim życiu”. Dzięki temu, że moja praca sprawiała mi radość, mogę spokojnie podpisać się pod tymi słowami.
Przez całe życie byłam w ciągłym ruchu – praca, dom, sport – to była moja codzienność. Szczególnie sport był zawsze moją pasją i sposobem na rozładowanie stresu. Uwielbiałam jazdę na rowerze, poranne bieganie, zajęcia fitness. Aktywność fizyczna dawała mi siłę i poczucie, że mogę przenosić góry. Nigdy nie przypuszczałam, że przyjdzie dzień, w którym moim największym wyzwaniem nie będzie przebiegnięcie kilometra, ale wejście po schodach.
Aż nadszedł maj 2024 roku. Maj… najpiękniejszy miesiąc w roku. Trudno uwierzyć, że właśnie wtedy może zawalić się świat…
Diagnoza: nowotwór złośliwy jelita grubego – okrężnica, umiejscowienie nieokreślone. Cios niespodziewany i brutalny.
Sport nauczył mnie jednak walki do samego końca i niepoddawania się, nawet gdy brakuje tchu. Tę determinację przeniosłam na oddział onkologiczny. 27 czerwca 2024 r. przeszłam zabieg hemikolektomii lewostronnej z resekcją dwóch odcinków jelita cienkiego oraz przydatków lewych, wraz z guzem w okolicy naczyń biodrowych lewych (to rozległa operacja onkologiczna – usunięto fragment jelita grubego, dwa odcinki jelita cienkiego, lewy jajnik i jajowód oraz zmiany w okolicy dużych naczyń).
Następnie, 22 listopada 2024 r., rozpoczęłam sześciomiesięczny cykl chemioterapii, który zakończyłam 29 kwietnia 2025 r. We wrześniu 2025 roku, podczas kontrolnego badania tomografii komputerowej, okazało się, że mam powiększone węzły okołoaortalne.
W listopadzie zostałam zakwalifikowana do leczenia pierwszej linii pembrolizumabem w monoterapii, w ramach programu lekowego. Dwa dni później – 22 listopada 2025 r. – podano mi pierwszą dawkę immunoterapii. Leczenie kontynuowałam do 19 lutego 2026 r. – otrzymałam pięć podań pembrolizumabu.
Niestety, w marcu tego roku, po immunoterapii, zachorowałam na autoimmunologiczne zapalenie jelit oraz ostre zapalenie wątroby. Obecnie jestem w trakcie dalszej diagnostyki, prowadzonej przez kolejnych specjalistów.
Badania, zabiegi, miliony terminów medycznych, których znaczenia uczę się, poznając mój – dziś tak nieprzewidywalny – organizm. Nadzieja, ból i bardzo trudne dni bezsilności…
W tej drodze nie jestem sama. Mój mąż nauczył się mojej choroby i mnie w tej nowej rzeczywistości. A właściwie – nie musiał. On po prostu chciał. I zawsze będę mu za to wdzięczna. Jest dla mnie ogromnym oparciem. To on trzyma mnie za rękę w najtrudniejszych chwilach i dodaje mi wiary, gdy opadają siły…
Mój syn jest piłkarzem, a teraz los sprawił, że stał się kibicem. Moim największym kibicem – w meczu, w którym stawką jest życie. Jest jeszcze taki młody i tak bardzo mnie potrzebuje. A ja marzę tylko o jednym: móc dalej patrzeć, jak dorasta i wspierać go w jego wyborach. Jako mama nie mogę i nie chcę się poddać. Chcę mu pokazać, że warto walczyć i że nawet z najtrudniejszej walki można wyjść zwycięsko.
Mąż i syn to osoby, dzięki którym znajduję siłę, żeby każdego dnia wstać z łóżka. Kiedy przychodzi dzień, który odbiera mi nadzieję, myśl o nich sprawia, że wierzę: jutro będzie lepiej.
Choroba pokazała mi, że każdy dzień jest piękny. W pędzie codzienności często tego nie zauważamy – zajmujemy się sprawami błahymi, niepotrzebnymi.
Moje życie stanęło na głowie dwa lata temu. Z perspektywy czasu widzę jednak, że nawet wtedy, gdy zawali się świat, można – i trzeba – go odbudować. Może być inny, ale też pełen kolorów, zapachów i smaków, których wcześniej nie dostrzegaliśmy.
Czekam na moment, kiedy znów wsiądę na swój rower i będę mogła to wszystko przeżyć na nowo… A we wrześniu zrobię sok malinowy na zimę. Będziemy go pić z bliskimi, z gorącą herbatą, w listopadowe wieczory.
Mój mąż pracuje, ale nasze dochody są skromne. Tymczasem koszty leczenia, prywatnych wizyt (bo na NFZ terminy sięgają nawet 2028 roku), specjalistycznej diety i suplementacji przekraczają nasze możliwości finansowe. Dlatego zdecydowałam się poprosić o pomoc.
Z góry dziękuję za każdą formę wsparcia – wpłatę, udostępnienie czy dobre słowo.
A za jakiś czas… może spotkamy się na rowerowej wycieczce? Będę mogła pokazać Wam, jaki piękny jest świat. I opowiedzieć, dlaczego warto żyć.