Witajcie!
Mam na imię Joanna. Jestem żoną oraz mamą dorosłego już syna, a także osobą, która kiedyś kochała życie „na pełnych obrotach”. Góry, sport, praca i malarstwo – to był mój świat. Czułam się zdrowa, silna i aktywna. Dziś, patrząc w lustro, czasem trudno mi uwierzyć, jak bardzo diagnoza raka piersi zmieniła wszystko. W jednej chwili, z kobiety pełnej energii, stałam się kimś, kto każdego dnia musi walczyć o to, aby w ogóle wstać z łóżka.
W 2021 roku usłyszałam, że mam wieloogniskowego inwazyjnego raka piersi. To był szok, ale nie załamałam się. Tydzień zajęło mi oswojenie się z nową sytuacją. Jak to ja – podeszłam do tego zadaniowo. Nie myślałam o najgorszym, nie użalałam się nad sobą. Po prostu zakasałam rękawy, nastawiłam się pozytywnie i ruszyłam do walki. Byłam pewna, że to kolejne wyzwanie, które przeskoczę. Przeszłam przez mastektomię z rekonstrukcją, chemioterapię i hormonoterapię, która wciąż trwa. Niestety, życie miało inny plan. Z czasem to moje pozytywne nastawienie zaczęło kruszyć się pod ciężarem powikłań, na które nikt mnie nie przygotował. Okazało się, że same chęci nie wystarczą, gdy ciało mówi „dość”. Stałam się – w moim odczuciu – cieniem samej siebie.
Moja walka trwa nieustannie. To proces, który każdego dnia wystawia mój organizm na potężną próbę. Agresywne leczenie spowodowało w moim ciele ogromne spustoszenie. Zmagam się z potwornym bólem uszkodzonych nerwów, polineuropatią, postępującą osteopenią i fibromialgią (chorobą reumatyczną). Przez bolesny przykurcz po operacji i ograniczenie ruchomości moja codzienność to tor przeszkód. Czasami ból i skutki leczenia są tak silne, że czuję się gorzej niż na samym początku tej drogi. To cierpienie, którego nie widać, ale które paraliżuje każdą minutę mojego dnia. Przewlekły ból i poczucie bezsilności przyniosły ze sobą również depresję – chorobę, która sprawia, że czasem brakuje sił, by wierzyć w lepsze jutro. Trudno jest zachować nadzieję, gdy ciało odmawia posłuszeństwa, ból nie daje zasnąć, a leczenie zdaje się nie mieć końca.
Rak zabrał mi możliwość pracy, która była nie tylko moją pasją, ale i źródłem dochodu. Musiałam zamknąć swoją działalność, bo ból po prostu mnie wyłączył. Zawodowo stałam po „drugiej stronie” – jako linergistka zajmowałam się mikropigmentacją medyczną i moją misją było pomaganie kobietom po mastektomii. Odtwarzałam brodawki sutkowe i rehabilitowałam blizny. Kochałam tę pracę, bo dawała siłę, nie tylko mi, ale przede wszystkim tym kobietom, które mogły odzyskać kobiecość i domknąć traumę po chorobie. I wiecie co? Skupiając się na tej pracy, zupełnie zapomniałam o sobie. Nigdy nie pomyślałam, że to ja mogę kiedyś stanąć po drugiej stronie i potrzebować pomocy.
Obecnie jednym z moich największych wyzwań jest specjalistyczne, nierefundowane leczenie stomatologiczne. Jest ono niezbędne, bym mogła bezpiecznie przyjąć kwas zoledronowy – lek kluczowy w walce z osteopenią i zapobieganiu przerzutom do kości. Bez pełnej sanacji jamy ustnej ta terapia jest niemożliwa. Czeka mnie kolejna, skomplikowana operacja naprawcza piersi, której bardzo się boję. Powikłania po poprzednim zabiegu sprawiają mi ogromny ból i nie wiem, czy ta kolejna próba w końcu przyniesie mi ulgę. To już wymaga ogromnych kosztów, a jest jeszcze konieczna specjalistyczna rehabilitacja i diagnostyka. Ponadto, po wielu nieudanych próbach farmakologicznego leczenia moich dolegliwości została mi zaproponowana droga terapia konopiami medycznymi. To lek, który pomaga mi na wielu płaszczyznach i jest obecnie niezbędny, abym mogła lepiej funkcjonować. Koszty tego wszystkiego są dla mnie murem nie do przebicia.
Kim jestem, gdy choroba pozwala mi na chwilę oddechu? Jestem osobą, która kocha naturę i życie w każdej postaci. Moją wielką pasją jest zielarstwo, pszczelarstwo i górskie wędrówki. W wolnych chwilach uciekam w malarstwo, przelewając emocje na płótno. Jestem też bardzo wrażliwa na krzywdę zwierząt – ich los nigdy nie jest mi obojętny, dlatego od lat nie jem mięsa, starając się żyć w zgodzie ze swoimi wartościami.
Długo zwlekałam z tą prośbą, myśląc, że powinnam radzić sobie sama i nie zajmować miejsca innym. Myślałam, że są osoby bardziej potrzebujące, a proszenie o wsparcie było dla mnie barierą nie do przejścia. Dzisiaj jednak staję przed Wami z pokorą, bo zrozumiałam, że moja walka o sprawność nie jest „mniej ważna” i sama nie zdołam jej już wygrać. Chcę jeszcze kiedyś wziąć pędzel do ręki bez drżenia i obudzić się rano bez paraliżującego cierpienia. Każdy Wasz gest to dla mnie szansą na odzyskanie odrobiny godności i nadziei, że ból w końcu minie.
Dziękuję z całego serca, że jesteście ze mną w tej trudnej drodze.
Joanna